gdzieś z dala stąd, płynę w otchłani niebytu
Disclaimer
Witaj na moim blogu prowadzonym przez Jabbera. Parę słów wstępu: Bla bla bla. Aha używaj czarnego stylu - "graveyard" który lepiej pasuje;).
takie życiowe
pope�niono dnia 27 września 2006 o godzinie 22:37:54
hmm polityka?
pope�niono dnia 21 września 2006 o godzinie 23:30:33
węgrzech, spowodowana przez ujawnienie jednego nagrania w którym
premier otwarcie przyznaje się iż kłamali by wygrać wybory(gratuluję im - w
polsce to chyba NIKT nie miał by na to odwagi).
Ludzie z flagami powychodzili z domów na ulice, gdzie otwarcie manifestują
swój brak poparcia dla rządu oraz rządają jego dymisji, wieczorami zdarzają się
nawet zamieszki, podpalenia samochodów starcia z policją na ulicach itp.
Gdy to wszystko oglądam i patrzę na obecną sytuację polityczną w
Polsce to przypomina mi się taka mająca już swoje lata rymowanka:
Polak - Węgier dwa bratanki
- i do szabli, i do szklanki!
Bo i w polsce nastroje polityczne bynajmniej nie są zimne niczym naga eskimoska,
mało komu podoba się rząd, i wogóle wszystko co się tutaj dzieje -afery, komisje,
grupy przestępcze, sekty jakieś czy też radio maryja. Niektórzy ludzie wybierają
najprostsze rozwiązanie - uciec gdzieś do ciepłych krajów (czy innej wielkiej brytanii/irlandii/norwegii)
i mieć spokój, inni natomiast pozostają w kraju i albo udają że ich to nie dotyczy("to w polsce
mamy rząd? przecież w 2005r miały być wybory których nie było" albo "to on jest prezydentem?
od kiedy? przecież nie został wybrany") ale w polsce są i inni ludzie których obecna sytuacja polityczna
drażni i tylko czekać aż wezmą przykład ze swych bratanków węgrów.
Chociaż z drugiej strony na to patrząc to z tym całym polskim zapałem, wydaje mi się iż przy jego
obecnych działaniach cały rząd zdąży się szybciej rozpaść niż naród się zjednoczy…
dla ciekawskich - czyli pewnie już ktoś to gdzieś widział
pope�niono dnia 14 września 2006 o godzinie 09:36:57
http://digg.com/software/Get_Vista_RC1_and_a_Serial_Now
retrospekcje z szkolenia żeglarzy… cz5
pope�niono dnia 07 września 2006 o godzinie 15:02:53
Rano płatki śniadaniowe z mlekiem i świeżo zerwanymi przeze mnie jeżynami)
Podczas rejsu po Dobskim zrobiłem kilka pikantnych zdjęć kormoranom na plaży
przerwa obiadowa chyba w Sztynorcie, po przepłynięciu mostu sztynorckiego gdy
wypływaliśmy z miejsca zwanego kirsajty byłem przygotowany już z pagajem na czyhające
tam syczące łabędzie dwa z nich mimo iż wytresowane, dostały po łbie nie wiedziałem
iż potrafią poruszać się aż tak szybko ale z obiadu nici bo nikt nie chce zjeść łabędzia
Cel Mamerki po drodze poćwiczyliśmy zwrot przez top oraz podejście do zielonej boi
oznaczającej szlak żeglowny - to nie moja wina że jestem perfekcjonistą i mijam takie
boje na centymetry…
Cholera rozwiało się i wieje solidnie podchodzimy do kei na silniku, a nie wiem czemu
nie na żaglach - za cumowanie biorą tutaj 10zł - ale jak przypłynęło im z 7 jachtów ze
znanego i lubianego biura podróży "Lech-Tour" to dali zniżkę.
Koło 23 ktoś zarzucił hasłem że idziemy zwiedzać bunkry - całkiem fajne są nocą, jedynym
problemem jest to że deszcz trochę padał i zmokliśmy - zauważyłem że zapomniałem
wziąć z domu lampę błyskową do zenita, dzisiaj grzejemy się dla odmiany ginem z tonikiem
oraz sokiem. Z rana będziemy grzali ostro na Węgorzewo.
Chyba Środa Mamy spinakera - co przy wdupewindzie może zdecydowanie skrócić naszą podróż do
Węgorzewa jednak ponoć zbyt mocno wieje żebyśmy się na nim uczyli pływać.
płynąc na mniejszym niż inni mają grocie i foku udało mi się całkiem nieźle wysunąć przed
dwa pozostałe jachty ale inni zmarnowali to co nadrobiłem i przez przesmyk płynęliśmy
już za "bratem". Pojutrze egzamin - wszyscy się boimy. Nasz instruktor poszedł sprawdzić
pogodę i na kawę do ośrodka; powiedział że jak przyjdzie to łódka ma stać przycumowana.
Wszyscy dostaliśmy opieprz za to że pływaliśmy bez instruktora…
Dziś Mamy mieć egzamin lecz jak się okazało komisja przyjedzie dopiero jutro.
Wszyscy się boimy tym bardziej że się solidnie rozwiało i wieje coś około 5-6. Dziś ćwiczymy
na samym Grocie a i tak mamy takie przechyły że można moczyć kabestany - przy okazji
okazałem moją złośliwość tej dziewczynie z warszawy pięknie podchodząc pod falę i oblewając
ją zimną brudną wodą zza burty - nie uwierzyła iż zrobiłem to przypadkowo
Dzień sądu - czyli egzamin Od rana prysznic, potem śniadanie i o 9 egzamin teoretyczny.
hmm w sumie to nie takie trudne - przynajmniej 4 powinienem mieć.
godzine później manewry na żaglach - gładko poszło tylko andrzej mi się wpieprzył przy
podbieraniu człowieka i podebrałem go z półwiatru - za żagle dostałem 3
silnik - nikt nie mógł odpalić go -co jest oczywiste jak się zerwie zrywkę==odcięcie zapłonu
jarek który płynął jako trzeci zaraz po mnie to już totalnie wyrwał szarpankę.
wszyscy dostaliśmy 4 - w porównaniu do umiejętności innych uważam iż powinienem dostać 5.
już od początku egzaminu były same problemy - Kasia skręciła nogę w kostce, ktoś się poobijał
o keję, jedną uczuloną dziewczynę użarła osa, a po egzaminie zauważyłem jak Ania zbyt szybko
zniknęła na jachcie - odrapała sobie nogę i uderzyła w głowę - a ja sam to tylko dostałem
bomem(ale to z własnej winy)
Na koniec może bilans.
things gained:
Patent
Kubek ERA GSM
Piracka flaga która przyozdabiała nasz ship
Jakieś damskie czarne stringi - właścicielka bliżej niezidentyfikowana (które w komplecie wraz
z biusthalterem przyozdabiały łódź przywiązane do wanty w miejscu gdzie na początku
był proporzec "Róży", później nasza piracka flaga(normalnie tu powinna być bandera) - nie
pytajcie skąd to się wzięły, zdjęto je(stringi) i zastąpiono flagą ponieważ ludzie się burzyli)
doświadczenie
kilka numerów telefonu/adresów e-mail
znajomości
śpiewnik szantowy Horn'a
Things Lost: 2 skarpetki (oczywiście nie do pary, które sam wyrzuciłem - jak się okazało
z domu nie wziąlem właśnie 2 takich skarpetek)
bokserki (śledztwo w toku - mamy podejrzaną osobę)
i coś jeszcze
Podróż do domu autobusem a później pociągiem trwała 12h05min
List otwarty do prezydenta, Sejmu oraz Senatu RP
pope�niono dnia 05 września 2006 o godzinie 22:29:09
zakazu przerywania ciąży.
http://www.federa.org.pl/podpisy
retrospekcje z szkolenia żeglarzy… cz4
pope�niono dnia 05 września 2006 o godzinie 13:37:31
Bogaczewo
Dopływamy na nocleg - jakieś niedorozwinięte dzieciaki na skuterach hałasują nie
stosują się do znaków - zakaz wytwarzania fali to zakaz wytwarzania fali i koniec
- przez nich wylała mi się kawa jeden się wywalił - i dobrze mu tak, na dodatek
prawie drugi go rozjechał - chciałem później zadzwonić po policję żeby ich uciszyła
lecz nim zdążyłem wyciągnąć telefon to już dzieciaki zwiały bo ktoś zdążył zadzwonić
po policję która właśnie nadpłynęła - oczywiście nikt nikogo nie złapał.
Wreszcie kupiliśmy Żubry i zamówiliśmy z 30-40 kiełbas(na 15 osób)
kiełbasy dowieźli późno w nocy. Z filipem i Jarkiem zrobiliśmy rekonesans i przynieśliśmy
sporo drewna na ognisko - czuję się niczym jakiś strong-man - postój był za 8zł, ale
ani porządnych kibli ani bieżącej wody tu nie ma(, że nie wspomnę już o prysznicach
których nie widziałem). Wieczorem poznaliśmy jakichś miłych ludzi (z Zielonej) z gitarą
i pośpiewaliśmy szanty - jednak mazury to jakby nie polska - zero kłótni, rozmów o
polityce (może dlatego że wszędzie są te cholerne kaczki z łabędziami które żądają
żarcia i nieustannie kwakają(to nie jest żadna aluzja polityczna) )wszyscy jacyś mili
grzeczni, pomocni, pozdrawiają się.
Wieczorem Filip pokazał klasę - żołądkowa gorzka, ogórki, i Sprite - mmm niebo w gębie
Kolejny dzień
Dzisiejszy cel to stary LOK w 'Giżu'. Na obiad zatrzymaliśmy się przy jakiejś kei z
dużym niebieskim napisem Zapraszamy na żółtym tle - za 15zł przycumowaliśmy,
nabraliśmy wody i umyliśmy się wszyscy - dalej cholerstwa podpływają - ale na
widok pagaja w moich rękach to już grzecznie zawracają - hmm czyżby jakieś tresowane?
Wieczorem zakupy w Biedronce - Jutro niedziela, dadzą nam nowego sternika
jak wracaliśmy z Biedronki(koło biedronki sprzedają kebab) ktoś od setki zareklamował
nam(a raczej powtórzył to co kiedyś usłyszał jak Ahmedowi spadło coś, co podniósł i
dorzucił z powrotem do żarcia) "kebab u Ahmeda" czyli jak to Ahmed mówi
"jak Allah będzie chciał to i tak umrzesz"
później znów nasza wachta - dołączyłem się do ludzi imprezujących na jakiejś 'krowie'
Janmor'a i zwiedziłem przy okazji - tożto pływający hotel jest! Komuś do wody wpadła
latarka za jakieś 200zł(może poczekam jutro aż odpłyną i zanurkuję - może wyłowię ją)
Gdy impreza dobiegła końca, przeliczyłem deski na kei - jest ich ~1630 poza tym gdzieś tak pomiędzy 19 a 23 w namiocie "Lecha" był koncert disco-polo
z nudów poszliśmy robić pogo na tym koncercie - tutaj »naprawdę« nie byliśmy
mile widziani więc trzeba było się oddalić szybko i z godnością(żeby nie użyć wyrażenia
spierdalać) bo karkom się to nie spodobało. Hmm dziwne - w innych miastach na koncertach
np Myslovitz'a, Kultu, Vadera czy Huntera ludzie tak żywiołowo nie reagują ale żeby odrazu
wyciągać na nas bejsbole…
Niedziela
Rano trochę prądu nakradłem do telefonu, uzupełniliśmy zapasy(ten achterpik jest
ZDECYDOWANIE za mały) ktoś narzeka że chce iść do kościoła, wreszcie
po 10 pojawił się Mario - na pierwszy rzut oka to brakowało mu jedynie jakiejś kolorowej
papugi na ramieniu. Od razu sprawdził stan techniczny jachtu, kazał poprawić naprężenie
want i dolać paliwa do silnika - teraz zaczęło się prawdziwe szkolenie…
Dziś zanocujemy w "Zimnym Kącie" czy "Zimnym Rogu"
Wieczorem rozpaliliśmy ognisko - jak tylko zaczęliśmy nosić drewno na ognisko to natychmiast
przypomniały mi się wciąż bolące jeszcze mięśnie po ostatnim ognisku i zabawie w strong menów…
Faktycznie nazwa Zimny Kąt nie jest przypadkowa - mimo iż byłem w polarze to wyjąłem
jeszcze ciepły koc polarowy który wcisnąłem do torby w ostatniej chwili.
Przy okazji poznałem miłą i ładną Alę, z którą sobie pogadałem i dostałem od niej nie tylko
śpiewnik szantowy
trochę mnie opiła z piwa (przy czym podając jej puszkę mówię "-ale wiesz że to co ja robię to jest rozpijanie nieletnich i mogę mieć przez to problemy") potem
po podziwialiśmy piękne rozgwieżdżone niebo(nie to co myślicie zboki ale blisko)
Następny dzień - chyba Wtorek
Dziś nocleg na dziko na wyspie Heleny na Dobskim (strefa ciszy) ćwiczyliśmy na bojce "koniec
wód żeglownych" manewr podejścia do boi - ja dostałem opieprz za to iż podchodziłem na
odległość ok 3-4cm (choć nie obiłem się ani razu o nią), po zakończonych manewrach
zainstalowaliśmy łamacz do kilwateru składający się ze zgrzewki piwa i solidnie przymocowanej
do niej liny holowniczej. A na samym Dobskim totalna flauta(czytaj jedna noga trzyma ster,
druga talię grota jedna ręka kawę, a druga trzyma mądrą książkę - to się poduczyłem trochę
nim Mario wstał - później pod wiosłowaliśmy do wiatru, dalej to poćwiczyłem "motylka". Ledwie
dobiliśmy do brzegu i zaczęliśmy cumować to się nieźle rozpadało i trochę zmokłem
Wieczorem znów ognisko z nieznajomymi, aczkolwiek miłymi ludźmi w tym ziemniaki z ogniska mmm pycha
retrospekcje z szkolenia żeglarzy… cz3
pope�niono dnia 05 września 2006 o godzinie 11:11:30
Dzień 3 - cel Sztynort
Nim dopłynęliśmy do mostu napotkaliśmy grupkę łabędzi - no to pstryk je
sfotografowałem; płyniemy dalej, łabędzie wciąż za nami - i jeszcze syczą
w stylu "daj źreć"
odwiązałem pagaja - zaciekawione podpłynęły bliżej i wciąż syczą
podszedłem z pagajem do rufy - widać w ich oczach niepokój lecz wciąż nie ustępują
uśmiechnąłem się ku nim z szaleńczym błyskiem w oku - łabędzie się niepokoją
zamachnąłem się pagajem w stronę najbliższego syczącego łba - prawie bym do
wody wpadł ale efekt pośrednio osiągnąłem - może i nie trafiłem żadnego białego
syczącego łba ale pagajem rozbryzgałem wodę w ich stronę - odpłynęły.
Wreszcie w Sztynorcie
Wprost nie mogę się doczekać by dotrzeć na szanty, a zaraz później do legendarnej już "Zęzy"(Zenzy) - jak się okazało przenieśli ją do jakiegoś paskudnego garażu z badziewnymi świecącymi reklamami. Idąc tam widzę jakiś słupek - patrzę
hurra życiodajne gniazdka, wreszcie gdzieś podładuję telefon - niestety
jednak okazało się że ktoś nad wyraz śprytny wymyślił (coś a'la TO w każdym razie bolce od mojej ładowarki są zdecydowanie za krótkie - jeszcze
8mm i wchodziłyby piknie (nie wspominam już o tym iż musiałbym je odrobinkę
podgiąć) Tak więc -jeśli chcesz się za darmo podładować w Sztynorcie to musisz
się wcześniej zaopatrzyć w kabel zakończony taką wtyczką…)
Czas wyjścia na szanty oo - ktoś sobie podłączył kabel i poprowadził do łódki - HA! wiem! jak bede wracać
to się podłączę i nakradnę prądu! Hej - czy to nie ten gościu co stoi na scenie z gitarą
przystawiał się nam do Ani i Anety i śpiewał wczoraj tym zapijaczonym głosem szanty
w naszej przystani? i zakończył swój wczorajszy występ zdaniem "jestem napierdolony
jak Messerschmitt zaprowadźcie mnie na okręt - tylko chrońcie gitarę bo jest więcej warta niż ja
już kilka minut póżniej wyjaśniło się że to był on… a raczej oni bo cały zespół "Spinakerzy" byli
i tutaj (a my wczoraj mielismy indywidualny koncert a potem piliśmy z nimi - no fajnie świat jest
mały, nawet bardzo mały.
Z nudów na tym koncercie szantowym zaczęliśmy robić pogo, ale ludzie coś się na nas
krzywo patrzyli jakbyśmy się z choinki urwali czy coś (ale na innych koncertach to wszyscy
się tak zachowują i nie ma problemu) - dziwne nie? na wszelki wypadek wycofaliśmy się w cień. później przenieśliśmy się do Zęzy - fuck - mamy wachtę i musimy pilnować silników bo ponoć
kradną - ja tam bym poszedł spać bo nasz silnik jest gówno warty - nie działał jeszcze 10 minut prawidłowo. Zanim wybrałem drugą wachtę zaproponowałem żeby łodzie przestawić pod "Zęzę" - wtedy na pewno byśmy ich dobrze pilnowali nie przerywając rozmów nad kuflem
złocistej cieczy - wszyscy powiedzieli że to świetny pomysł - jedynie KWŻ'towi się nie spodobał,
pozatym nikomu sie nie chcialo stąd dupy ruszać...
Godzina 0:30 - zaczynam powoli halsować z resztką piwa w kierunku łódek bo za 10 minut
mam ich pilnować. ok 1:20 - przyszedł Rysiek - nasz KWŻ i powiedział żebym nie chodził z tym
piwem bo na wachcie nie wolno pić - no to puszka została postawiona na jachcie a ja
kursując po pomoście miałem 2 przystanki - jeden to telefon który się ładował a drugi
to puszka na łajbie, rano Rysiek obejrzy nasz silnik.
Środa
Dziś lecimy do Giża - tylko szybko bo most jest otwarty o określonych godzinach
Rysiek naprawił szarpankę i powiedział że zawór paliwa był zakręcony, silnik działa
- no fajnie, widać jak nasz Andrew się zna na pływaniu…
sporo po 13, złożyliśmy maszt(tym razem przy pomocy bramki i zestawu bloczków)
lecimy kanałem na tym wreszcie sprawnym "crazy frog'u" - ja siedzę
za sterem, w drugiej ręce telepie mi się manetka od gazu - niestety załoga nie reaguje
na inne moje polecenia niż "spierdalać mi kurwa z dziobu bo nic nie widzę i sie zaraz
gdzieś rozpierdolimy" - w międzyczasie wyprzedziliśmy z 2 jachty - po przepłynięciu mostu
zauważyliśmy że Janusz z dziewczynami nic się nie przejmując ostro zapieprzają lewą stroną
na pełnej mocy - no ale udało się i zdążyli, jako ostatni.
Na noc parkujemy w "Yellow".
Znów ja wpływałem do portu na CrazyFrogu i całkiem ładnie udało mi się wejśc - gdyby nie to
iż andrzej trzymał ster to pewnie bym nie pojechał po tych cumach (ale co tam - to moje cumy?)
Dziś obiad na mieście - dobrze bo już mam dość tych zupek.
Zrobilem zwiad na mieście - mają salon Plusa, z 2 banki, poczte polską i France Tel… ehm
znaczy się budynek Telekomunikacji Polskiej oraz stację kolejową aaa i najważniejsze bo
jest Stonka™ podczas zakupów kolega się rzucił (zupełnie jak wycieńczony wędrowiec na
pustyni do oazy) w kierunku puszek z piwem z hasłem Żubr na ustach(niestety to był Specjal
bo nic innego w Biedronce nima)
Wieczorem wychodząc z łodzi dokonałem abordażu jakiegoś MAK'a z PCM'ki (wreszcie się
nauczyłem co to znaczy skakać pomiędzy łódkami i w miarę cicho lądować nie w wodzie)
hmm w tej całej PCM'ce to fajni ludzie pływają[a jakie miłe i ładne panie
]po obróceniu kilku piwek grzecznie poszliśmy spać
Dzień Kolejny -nie pamiętam który
Rano jak zawsze jakiś wykład na którym i tak wszyscy śpią, później prysznic 7zł za
prysznic?!? toż to istny rozbój w biały dzień - czuję się brudny lecz jakoś wytrzymuję
-najwyżej wykąpię się w jeziorze.
Dziś celem jest Rydzewo
Podczas lądowania na brzegu na przerwę obiadową wszyscy się rozeszli w las w celu
opróżnienia pęcherzy, ja natomiast zrobiłem zwiad i wróciłem z kieszeniami i rękami
pełnymi papierówek, później przyniosłem jeszcze kilka worków tak że na drzewie
zostały resztki jabłek, dziewczyny natomiast przyniosły sporo grzybów.
Znowu podpływają te syczące białe gówna które chcą żeby dać im żreć - tym razem
bliżej, i to na tyle blisko, po chamsku podpływały że nie zauważyły momentu gdy
wyciągnąłem pagaja i zamierzyłem się na nie - dostały po łbach (a przynajmniej jeden
z nich) i uciekły… cóż skoro zwiały to nie będę mógł się pochwalić moimi umiejętnościami
kulinarnymi, czyli z jutrzejszego obiadu z łabędzia nici.
Jacyś ludzie kręcą się samochodem po okolicy - lepiej się zwijamy bo gotowi jeszcze się
przyczepić o to że to my obskoczyliśmy i skosiliśmy wszystko co jadalne w okolicy.
Rydzewo
Jakoś udało nam się przycumować o zmierzchu, lecz lepiej to przemilczmy - w okolicy
brak jakichkolwiek otwartych sklepów, więc dzisiaj spokój, nie pijemy nic i można
pójść spać wcześnie. Jestem wielki - ludzie się cieszą że dałem im jabłka.
Powoli się zastanawiamy nad zmianą instruktora bo chyba nawet ja więcej kumam
i jestem bardziej spostrzegawczy niż Andrzej(szczególnie jeśli idzie o podnoszenie miecza).
poszliśmy spać wcześnie. Rano tak bardzo czułem się brudny że wymyłbym się nawet za 7zł
w zimnej wodzie - ale prysznic kosztował na szczęście 5zł. Próbowałem dokładnie wyczyścić
nogi - to ciemniejsze co mi się wydawało brudem i szorowałem dokładnie to była jednak
opalenizna - czuję że będę zmieniał spaloną skórę na nosie - kupiłem jakiś krem z filtrem
na wykład się spóźniłem - To była chyba locja - po co mi to - przecież i tak z warszawiakami
będę rozmawiać jak z tymi ptaszyskami - przy pomocy pagaja…
jeszcze przed wypłynięciem pojawił się kot który chciał wleźć na naszą łódź - pewnie wyczuł
mysz(nie do wiary te debile z warszawy myślą że koty łapią myszy tylko w bajkach)
ja zaproponowałem by go wziąć i zaprowiantować - w końcu kto jak kto ale JA czyli autor
książki pt "101 potraw kota" zna się na przyrządzaniu kotów by smakowały wykwintnie.
Dzisiaj ćwiczymy manewry a na noc wracamy do Bogaczewa (zaraz po przeciwnej stronie
przesmyku). Już nie udaje nam się tak jak wczoraj pływać tak żeby nie być w zasięgu
chmur burzowo-deszczowych i trochę zmokliśmy(przez co teraz jak to piszę mam przeziębienie,
obiad w tym samym miejscu co wczoraj przybiliśmy wraz z Setką i Bratem do jakiejś odludnej
kei gdzie nikt nie skasował nas za postój.
Teraz napewno nic z grzybów i owoców leśnych nie pozostanie w okolicy(no może z wyjątkiem
papierzaków) a wieczorem spływamy do Bogaczewa.
retrospekcje z szkolenia żeglarzy… cz2
pope�niono dnia 04 września 2006 o godzinie 18:06:02
wstałem, zjadłem jakieś śniadanie i pognałem niczym mustang(objuczony) na parking przy
ul. E.Plater - zaraz pod "pałacem kultury" (jakby to w warszawie była jakaś kultura - może i
jest w każdym razie ja jej nie widziałem) jak dotarłem to jeszcze prawie nikogo ani niczego
nie było - w każdym razie stał już autobus i zaczynali się złazić ludzie jak się później okazało
to cała moja łódka się zebrała i poznała dopiero/już w autobusie - no fajnie obóz jest
międzynarodowy bo Ania która myślałem że jest ze wschodu polski, jak się okazało pochodzi
ze wschodu Białorusi i studiuje w Grodnie. Telefonicznie pomogłem Jarkowi dotrzeć z dworca
pkp W-wa Centralna do punktu zbiórki(jakieś 500m ?).
Węgorzewo
No fajnie nie ma wyżywienia żadnego a łódki spodziewałem się że będą większe…
Zostaliśmy rozdzieleni na łódki - my dostaliśmy "Misia" a ci którzy dojechali kilkanaście minut
później? własnym samochodem zajęli "Setkę"(hmm nazwa łódki dobrze ich obrazowała bo
ładowali cały czas ostro wódę…
Rozpakowaliśmy się, zrobiliśmy mały zwiad, a teraz musimy siedzieć i czekać na jakiegoś
pierdolonego brakującego załoganta który ma dojechać.
około godziny 18
Pierdolimy to wszystko, jesteśmy głodni i idziemy do Węgorzewa jakieś żarcie kupić.
Padło na "Biedronkę" bo jest dużo i tanio i można jakieś konserwy czy dżem z biedronki kupić.
Fuck coś mało kasy w portfelu mam - pożyczyłem 2zł żeby starczyło mi na to piwo co
wziąłem prócz żarcia
Patrzę - ooo cywilizacja nawet bankomat stoi -zaraz sobie wyciągnę kasę - w końcu
mam ok 400zł na koncie i kartę w portfelu. "karta lub rachunek stracił ważność" no
cóż jak zawsze w przypadku problemów - chuchnąłem przetarłem, jeszcze raz próbuję
- znów to samo - oglądam kartę oglądam - już wiem co mi od początku nie pasowało - data
ważności karty "Lipiec 2006" czyli jak to mówią "po ptokach - dobrze że mam telefon,
ładowarkę i gdzieś schowane 100zł, no to wracamy z miasta przez las. Jakiś ktoś nieomal
nas nie rozjechał cichcem z tyłu wypadł nagle ciemnym samochodem zza zakrętu. Nie minęło
5 minut znów widzimy ten sam samochód dla odmiany nadjechał z drugiej strony - tym razem
się zatrzymał i kierowca zapytał nas jak dojechać do ośrodka i czy my przypadkiem nie
jesteśmy z studenckiego rejsu szkoleniowego z jego załogi. To był Filip - nasz brakujący
człowiek - rozpoznał nas po zakupach(pewnie przez to piwo), jakby nie mógł się
zatrzymać wcześniej…
Wieczorem zapoznanie i poznanie ogólnie panujących zasad…(taaa jasne - my i zasady…)
Dzień 2
Chcemy płynąć ale niedojż iż jest flauta to KWŻ nie chce nas puścić - nasz sternik
Andrzej czy jak mu tam jest coś dziwny, niemrawy, małomówny - pewnie go kobieta
porzuciła czy coś w tym stylu a może po prostu jest jakimś agentem tudzież terrorystą
- nie wnikam lepiej.
Nikt nas nawet nie chciał w niczym przeszkolić - no fajnie. Po południu Filip nas podwiózł
do biedronki celem uzupełnienia zapasów(tak ten cały Achterpik ma zdecydowanie zbyt
małą pojemność). Wieczorem się integrujemy, kawałek dalej siedzą jacyś ludzie -
chyba gdzieś ich słyszałem/widziałem już jeden gościu z gitarą się zaczął przystawiać
nam do dziewczyn z "Brata" i chciał im śpiewać piosenki - przepłoszyły się biedactwa.
KWŻ mówi że jutro płyniemy do Sztynortu
Dzień 3
Koło południa wypływamy - jeszcze nie wiemy że to był ostatni darmowy gorący prysznic
Rano jakieś dzieciaki ze stacjonarki pływały - widzieliśmy jak ich KWŻ pokazywał im jak
się powinno rzucać kotwicę, czym był aż tak zaabsorbowany, iż zapomniał puścić linę
którą trzymał i poleciał do wody za tą kotwicą - usłyszałem jedynie komentarz:
"Patrzcie - KWŻ'et osobiście sprawdza czy kotwica osiadła prawidłowo na dnie"
Ledwo odpłynęliśmy od kei - a już nam zgasł silnik i wjechaliśmy w szuwary + mieliznę - ja
mówię "miecz trzeba podnieść bo stoimy na nim" ale nikt mnie nie słucha - zresztą co
mnie to obchodzi to nie moja łódka - dopiero po 10 minutach Andrew zadecydował by
podnieść miecz i wybrać się na kotwicy. Płyniemy dalej - cel Sztynort.
przed mostem sztynorckim dziewczyna co podobno sie zna i pływa od 12 roku życia
zabrała się za wyciąganie zatyczki od sztagu żeby położyć maszt - oczywiście jak to
typowy okaz warszawiaka wyjęła nie tą zawleczkę i położyliśmy maszt bez pomocy
bramki o własnych siłach, o czym ta sama "mądra" dziewczyna zorientowała się dopiero
po kilku minutach…
Jacyś żeglarze widząc nasze bezskuteczne próby odpalenia silnika oraz to że ktoś z
nas nadwyraz skutecznie szarpnął szarpankę tak że jej część pozostała mu w ręce
zaproponowali że nas wezmą na hol pod mostem - w ogóle na tych mazurach to
są zupełnie inni ludzie(no z wyjątkiem warszawiaków co nie wiedzą co to takiego
prawy hals) - wszyscy mili uprzejmi pomocni jak jedna wielka rodzina, jak coś
się komuś zepsuje to proponują pomoc, np jak dobijasz do brzegu to proponują
żeby rzucić cumę a dociągną do kei, proponują że przeciągną gdzieś pod mostem
czy coś, gdy niema się silnika, Poza tym wszyscy żeglarze się pozdrawiają (przy
okazji mam mały konkurs dla czytelników: Jak załoga jachtu "Misio" pozdrawiała
inne jachty a jak motorowodniaków)
retrospekcje z szkolenia żeglarzy… cz1
pope�niono dnia 04 września 2006 o godzinie 15:50:29
co się działo w Węgorzewie i okolicach gdzie byłem się szkolić jako żeglarz
Dzień 0 (Sobota)
Wrocław, jestem spakowany, jem śniadanie i przygotowuję się do wyjazdu
czekam w kolejce - chwila - przecież jest giełda sprzętu foto na dworcu - niewiele
myśląc zostawiłem matce (przywiozła mnie z bagażem) portfel, legitymację oraz kartę euro26
by mi kupiła bilet na IC do "prawie jak stolica" warszawy po czym udałem się w kierunku giełdy
gdzie zakupiłem prawie pierwszy z brzegu obiektyw z gwintem M42(do Zenit'a TTL),filtr
polaryzacyjny oraz ładny futerał na nie (180+50+10zł)
Bilet - no fajnie kupiony lecz bez zniżki na Euro26! wtedy wyszłoby taniej i może nawet w
pociągu dopłaciłbym do "first class"
Mam wrażenie że o czymś zapomniałem…
Już w połowie trasy się zorientowałem że nie wziąłem żarcia które sobie naszykowałem na drogę.
Dalej mam wrażenie iż coś mi nie pasuje… ale dobra - jadę dalej.
Przedziały są czyste i zadbane, z ładną tapicerką i wygodnymi fotelami(chyba było ich tylko 6
na przedział-nie pamiętam) oraz gniazdkami do których można się podłączyć np podładować
telefon. oooo nawet klima jest tutaj ale dlaczego nie można otworzyć okien - zaczynam żałować
że nie wziąłem kombinerek oraz zestawu narzędzi do psucia/naprawiania.
Konduktor straszny służbista - czepił się mnie że mam niepodpisaną legitymację, kazał podpisać
i pokazać inny dokument - podobnie się czepiał rodziny która jechała w przedziale.
Jakieś dzieciaki ganiają po korytarzu nie dając spokoju(hmm a może by tak wystawić nogę
jak będzie taki przebiegać - jak będzie miał bliski kontakt z podłogą to się uspokoi jeden z drugim…)
Jakieś pół godziny przed warszawą…
spakowałem książkę i aparat przygotowuję się do wysiadania
Hmm zaraz zaraz ja te dzieciaki już gdzieś widziałem, ale nie to nie mogą być te dzieciaki.
po chwili widze ich matke/ciotke idącą gdzieś na koniec wagonu - no niemożliwe toż to
znajomi rodziny - podczas powrotu zatrzymałem. faktycznie to ta rodzinka jadą jeszcze
zwiedzać Warszawę - fajnie, mam nieplanowane ekspresowe zwiedzanie warszawy
szybka rundka, zwiedzenie pałacu kultury -25zł za wjazd windą i możliwość korzystania
z płatnych lornetek to jest czyste chamstwo - no ale przecież to warszawa jest,
lecz ja jestem sprytny wrocławianin który ma korzenie w krakowskiej rodzinie
kupców - zaraz przyuważyłem tabliczkę iż grupy z przewodnikiem pow. 10 osób płacą
jedynie 10zł od osoby - i tak oto zostałem przewodnikiem 14sto osobowej wycieczki
po warszawie z biura turystycznego "Lech Tour" - wszyscy nieznani mi ludzie których
w to wciągnąłem byli zadowoleni…
Potem był obowiązkowy przejazd metrem, zwiedzenie starego miasta, którego
nie obfotografwałem zbyt dokładnie bo mi się film skończył(nie miałem filmów przy sobie)
i nocleg u miłych starszych państwa, znajomych dziadka.
Bilety w warszawie są bardzo tanie - 2.60zł za bilet 24godzinny (nie jednodniowy)
na wszystkie środki transportu to faktycznie niedrogo
Dalej mnie nie opuszcza wrażenie iż coś mi nie pasuje…
powróciłem
pope�niono dnia 03 września 2006 o godzinie 00:21:38
(głównie tym iż spałem na mikroskopijnej i niewygodnej przestrzeni)
podczas tego wyjazdu brakowało mi przestrzeni, ciepłych i suchych ubrań,
gorącej wody, normalnego jedzenia no i jeszcze mogłaby mnie dopaść i
brutalnie wykorzystać seksualnie drużyna młodych, dzikich i cokolwiek
niewyżytych szczypiornistek* - może nie, może lepiej 2 drużyny, tak by
mnie całkowicie zamęczyły do całkowitej utraty moich sił :>
ide spać - rano cos napisze…
update:
będzie to prawda - może odrobinę mnie pamięć zawieść
i pomieszać mi się fakty pomiędzy dniami
Update2:
hmm może lepiej by wszystko na mym blogu było dostępne jedynie dla zalogowanych
oraz od komentowałem kawałek ukrytego tekstu









